Spitsbergen

Ponad dwa lata temu na forum internetowym Studenckiego Klubu Górskiego pojawiło się ogłoszenie pt. „Praca marzeń”. Ów anons dotyczył wyjazdu wakacyjnego i całorocznego do Polskiej Stacji Polarnej na Spitsbergenie. Rekrutacja obejmowała różne stanowiska w tym administratorki na lato. Tak rozpoczęła się moja przygoda z Hornsundem. Wysłałam CV, List Motywacyjny, zostałam zaproszona na rozmowę, na której powiedziałam, że jeśli mnie nie wezmą, to się przykuję do kaloryfera. Zaowocowało to miejscem na liście rezerwowej. W roku 2015 ponownie odpowiedziałam na ogłoszenie i dostałam pracę marzeń. Jako administratorka byłam odpowiedzialna za pomoc naukowcom przyjeżdżających na wakacyjne badania terenowe, sprawy biurokratyczne, kontakt z działem logistycznym w Warszawie.

Wyjazd poprzedzony był kursem strzeleckim (obowiązek noszenia broni ze względu bezpieczeństwa przed niedźwiedziami polarnymi), badaniami lekarskimi i tygodniowym rejsem statkiem „Horyzont II”, zwanym też „Rzygaczem”, gdyż z powodu niedoskonałości konstrukcyjnych statek kiwa się chyba nawet stojąc na lądzie. Nadmienię tylko, że podróż powrotna trwała prawie dwa tygodnie. Horyzont II dopływa do stacji dwa razy w roku, dostarczając zaopatrzenie żywnościowe i techniczne na kolejne miesiące. W międzyczasie mieszkańcy stacji są zdani na swoje zasobne magazyny i siebie nawzajem.

Spitsbergen to największa wyspa w Archipelagu Svalbard, terytorialnie przynależy do Norwegii. Leży za północnym kołem podbiegunowym, a dokładnie na 77 stopniu N. Z Polski można dolecieć (z przesiadką) do stolicy archipelagu – Longyearbyen, jednym z dwóch codziennych samolotów rejsowych, a następnie wynajętym jachtem dopłynąć do stacji. Nie można się jednak w niej zatrzymać na nocleg, gdyż jest placówką naukowo-badawczą.

Polska Stacja Polarna Hornsund została założona w 1957 roku przez Stanisława Siedleckiego.  W 2015 roku miało miejsce uroczyste zawieszenie portretu założyciela w pokoju wspólnym w bazie, co jest dowodem uznania zasług profesora. Siedlecki był geologiem, taternikiem, odkrywcą. W owym 1957 roku dowodził ekspedycją polarną PAN, która wybudowała stację.

W latach 70. Polacy prowadzili ekspansję także na półkuli południowej zakładając stację im. Arctowskiego w Antarktyce.

Jak wygląda przeciętny dzień w lecie w stacji? Z racji dużej liczby osób śniadania podawane są w dwóch turach o 8 i 8:30. Przygotowuje je kucharz, pomocnik oraz dyżurny. Po posiłku jest spotkanie dnia, na którym pracownicy stacji ustalają plan i potrzeby codzienne. Do obiadu czyli do 14:30 lub 15:00 każdy realizuje swoje zadania. Pracownicy naukowi prowadzą badania i wykonują pomiary, np. poziomu wód, meteorologiczne, oceanograficzne. Pracownicy techniczni zajmują się remontami, badaczami-gośćmi, usprawnianiem funkcjonowania spalarni i oczyszczalni ścieków. Po obiedzie jest chwila sjesty, a następnie do kolacji kontynuowane są wcześniejsze prace. Wieczorami kwitnie życie towarzyskie w mesie. Oglądane są filmy, organizowane potańcówki, planszówki, turnieje sportowe. Co ambitniejsi układają sobie plany treningowe w siłowni.

Temperatura letnia w Horsundzie wynosi mniej więcej 5 stopni Celsjusza, co sprawia, że Stacja staje się łakomym kąskiem dla dziennikarzy telewizji śniadaniowych, tropiących Polaków, którzy nie umierają z powodu upałów. Tego lata mieliśmy transmisję „na żywo”. Nasza przedstawicielka dzielnie udzielała odpowiedzi na najróżniejsze pytania. Dociekliwą dziennikarkę interesowało np. czy mamy złą pogodę. Dowiedziała się, że nie ma złej pogody, są tylko nieodpowiednio ubrani ludzie.

Podsumowując mój pobyt – przeżyłam najdłuższy dzień w życiu trwający kilka miesięcy. Przez pierwszy tydzień miałam problemy z zasypianiem, ale wystarczyło chodzić spać o stałej porze i zakrywać rolety, żeby oszukać swój organizm.

Spotkałam trzy niedźwiedzie polarne oraz nieskończoną liczbę reniferów. Pieszczotliwie nazywane „miśki” stanowią realne zagrożenie życia. Stąd też obowiązek noszenia broni, na wypadek ataku. Renifery są moimi ulubionymi zwierzętami. Płochliwe, nieświadome swojej masy, małe „łajtłapy” z krzywymi nogami. Uciekają kręcąc zamaszyście zadkami.

Najbardziej drapieżne na Spitsbergenie okazały się ptaki, które chroniąc swoje młode potrafią dziobać po głowach nieroztropnych wędrowców, którzy zbliżą się do gniazd lub po wystającej lufie broni. Problem polega na tym, że jaja pochowane są w tundrze, tak, że czasami jest już za późno na ucieczkę zarówno przed ptakiem jak i jego amunicją.

W trakcie pobytu widziałam pierwszą w tym sezonie zorzę polarną, delikatną smugę zieleni na nocnym niebie. Trzy razy kąpałam się w Morzu Norweskim, które mroziło całe ciało. Trudno nazwać kąpielą szybki bieg ze stacji do morza, zanurzenie i jeszcze szybszy powrót. Biegi miały dodatkowy element ekscytacji w postaci kamery przed budynkiem, która co 10  minut transmituje w Internecie aktualny widok stacji.

Odwiedziłam okoliczne husy, czyli domki traperskie przypominające nasze górskie chaty studenkie. Niekiedy w weekendy osoby, które miały uprawnienia do pływania łodzią lub pontonem zabierały nas drogą morską do owych husów. Braliśmy wtedy śpiewniki, gitarę i przy blasku świec i w cieple z piecyka śpiewaliśmy do rana nastrojowe ballady. Raz nawet obudziło nas lekkie, lokalne trzęsienie ziemi, gdyż Svalbard jest aktywny tektonicznie.

Zdobyłam ciekawe okoliczne szczyty 400, 500, 600 i 700-setniki. Górskie eskapady miały wyjątkowy smak cudownej wolności i uczucia ogromu przestrzeni – górskiej, morskiej i lodowcowej. Wychodząc za stację w 30 minut można było wbiec na 400 metrową przełęcz z której widok zachwycał surowym pięknem. Wielokrotnie byłam na Lodowcu Hansa, w tym pierwszy raz jeździłam na skuterze śnieżnym i nartach turowych. Jadąc skuterem przeskakiwaliśmy nad szczelinami, więc trzeba było się odpowiednio rozpędzić i zręcznie manewrować żeby nie zostać w niej na zawsze. Z kolei kilkunastogodzinna wyprawa na nartach turowych w mgle i deszczu była elementem comiesięcznych pomiarów na lodowcu.

Hornsund – Polski Dom na Biegunie, przyciąga niesamowicie zakręconych ludzi. W trakcie mojego pobytu odwiedziła nas rodzina z trójką małych dzieci podróżująca jachtem aż z Francji. Moje serce bodbiła jednak trójka kajakarzy (dwóch panów i jedna pani) okrążających archipelag Svalbard (udało im się to dokonać jako pierwszym w historii). Pewnego wieczoru zapukali do naszych drzwi pytając czy mogą rozbić namiot. Poprosiliśmy ich o krótki pokaz zdjęć i filmików z dotychczasowej podróży i dzięki temu widzieliśmy zapis goniących ich, pływających na krach lodowych miśków, bawiące się kajakiem foki, oraz kawał dzikiego piękna Arktyki.

W drodze powrotnej przeżyłam sztorm o sile 12 stopni w skali Beauforta. Statek osiągał niesamowite wychylenie, a przymocowana w kajucie szafa wyrwała się ze ściany. Umierając z powodu choroby morskiej miałam do wyboru albo zostać na niższym łóżku i zginąć przywalona szafą, lub przenieść się na wyższe łóżko i mieć ograniczony dostęp do łazienki. W trakcie sztormu, statek i pasażerowie odnieśli liczne straty, łącznie z rozciętym łukiem brwiowym i zepsutym komputerem.

Pod koniec września ekipa letnia opuściła jedenastkę zimowników, którzy już do wiosny (kiedy odmarznie lód w zatoce, a lodowce będą przejezdne na skuterach śnieżnych) będą żyli sami ze sobą na złe i dobre doświadczając nocy polarnej, widma głodu i grozy arktycznej.

 

*** Korzystałam z książki I. Wiśniewskiej „Białe. Zimna Wyspa Spitsbergen”,  wyd. Czarne