Damavand

Zimna Dama, czyli 31 mrożących krew w żyłach godzin na Damavandzie

Iran był od pewnego czasu bardzo wysoko w naszym rankingu miejsc do zobaczenia. Znajomi chwalili, linie lotnicze kusiły promocjami. Nie było wyjścia, trzeba było lecieć. Naszą podróż postanowiliśmy zacząć od zdobycia najwyższej góry w kraju – Damavandu. Mieliśmy za sobą wcześniejsze wyprawy wysokogórskie, więc podeszliśmy do przygotowań dosyć spokojnie i z pewną nonszalancją. Ale po kolei…

Szczyt Damavand 5610 lub 5671 m n.p.m.

Jeszcze czujemy ból w głowach spowodowany dwoma nocami w środkach transportu, a już jedziemy taksówką z lotniska  na teherański dworzec wschodni. Chcemy zdążyć na busa o 10:00 i dzięki wyspecjalizowanemu systemowi naganiania klientów zostajemy zaprowadzeni do odpowiedniego stanowiska.

Okazuje się że w Iranie nie ma scentralizowanej tabeli odjazdów, a każda spółka przewozowa (a jest ich wiele) ma własne grupy specjalnych pracowników-naganiaczy. Czekają oni na potencjalnych klientów koło bram dworca, wypytując ich o planowane destynacje lub wykrzykując nazwy miast. Jeżeli przyznamy się gdzie chcemy jechać, to zaraz zostaniemy doprowadzeni do kasy ich firmy, by właśnie u nich kupić bilet. Raz schwytani w ten sposób zaliczyliśmy najpierw szybki sprint przez cały dworzec na zaplecze kasy, by kupić bilet poza kolejką, a potem, wcale nie wolniej, pobiec do ustawionego na jakimś bocznym parkingu autokaru.

Polur

Rzeźba wspinacza

Z Terminal-e Shargh dojeżdżamy do miejscowości Polur. Tam rzeźba wspinacza wskazuje nam kierunek do „Base campu” (2270m.n.p.m.). Ruszamy uliczką pod górę. Najpierw uparcie odmawiamy ofertom „taxi”, a nie ułatwiają nam tego nasze duże plecaki i wygląd turystów połączony z faktem, że w Iranie każdy właściciel samochodu chętnie zostanie dla Was taksówkarzem. W końcu zostajemy podwiezieni stopem do schroniska, w którym wydawane są pozwolenia na zdobywanie góry. Nie chcemy marnować dnia i szansy na aklimatyzację, zostawiamy zbędne rzeczy, jemy obiad, nabieramy wodę na dwa dni i ruszamy asfaltową drogą do Camp2 Goosfand Sar, czyli tzw. „meczetu”. Po godzinie udaje nam się złapać stopa do wejścia na szlak.

Autostop „na pace” z miłymi panami

Stamtąd można albo iść drogą szutrową, albo na skróty ścieżką, która w kilku miejscach jest nieoczywista. Łączymy oba rozwiązana, by w końcu w blasku zachodzącego słońca dostrzec zarys meczetu. W Camp2 poganiacz mułów otwiera  nam blaszany kontener, gdzie na przybrudzonym perskim dywanie możemy rozłożyć nasze karimaty. W nocy silny wiatr dudni, stuka, wyje, szarpie drzwiami od schronu, choć to dopiero 3040m n.p.m. Wtedy jeszcze nie wiemy, że będzie to nasz najcieplejszy nocleg na tej górze.

Camp2 i meczet Goosfand Sar

Rano ruszamy do kolejnego obozu. Na szlaku spotykamy dwóch Polaków, którzy schodzą do miejscowości. Musieli zrezygnować z ataku i zawrócić, bo jeden z nich miał chorobę wysokościową.

Przy tej okazji, po raz kolejny nie możemy się nadziwić dlaczego ludzie, wbrew wszelkiej logice czy zasadom aklimatyzacji, robią przewyższenia dzienne powyżej tysiąca metrów (w tym przypadku nawet dwa tysiące metrów) chcąc zdobyć górę jak najszybciej. Na pewno jedną z przyczyn jest to, że droga na Damawand nie jest trudna technicznie i łatwo zdobywa się wysokość, czego efekty uboczne odczuwa się później. Niestety również w przewodnikach i na stronach internetowych odnośnie tej góry można znaleźć informację o możliwości wejścia w 3, a nawet 2 dni! Większość czytających pomija fragmenty z ostrzeżeniami o reakcji organizmu na taką wysokość, zasadach przyzwyczajania organizmu, czy fakt, że wiele osób planujących szybkie wejście na górę zdobywa wcześniej aklimatyzację na innych szczytach.

Tymczasem drugi z Polaków z dobrym samopoczuciem, postanawia wrócić z nami do Bargah Sevom na 4250 m n.p.m. i spróbować zdobyć szczyt. W schronisku panuje przeszywający ziąb, a władzę dzierży niemówiący słowa po angielsku opiekun, który całymi dniami gotuje hektolitry  wrzątku na sprzedaż.

Po południu ruszamy we trójkę na godzinny rekonesans i zachwycamy się przepięknym zachodem słońca.

Damavand w promieniach zachodzącego słońca

Chcemy zaatakować następnego dnia. Nasz kolega postanawia ruszyć wcześniej i wychodzi w środku nocy z dopiero co przybyłym do schroniska młodym Irańczykiem. My decydujemy się poczekać na wschód słońca. Budzimy się przemarźnięci do szpiku kości. Okazuje się, że wyprawowy puchowy śpiwór, rozłożone dodatkowo na pryczy pompowane materace, gorąca herbata przed snem, czy zdawołoby się chroniące przed zimnym wiatrem grube kamienne ściany schroniska, nie dały rady zapewnić nam normalnego snu. Sprzęt w którym wcześniej spaliśmy w namiocie na lodowcach i na wyższej wysokości okazał się za słaby do noclegu na pryczy w sali noclegowej, którą nazwaliśmy zamrażarką! Sprawy nie ułatwiał mało przyjemny defekt architektoniczny naszej noclegowni. Jedyna toaleta w schronisku znajdowała się na zewnątrz. Wymagała zejścia stromymi schodami na parter, po czym opuszczenia go, albo na lewo kolejnymi śliskimi, niezabezpieczonymi, betonowymi schodami  i podejście pod górkę od tyłu schroniska, albo na prawo po kratownicy, przez murek i pod górkę na tyły. Potem walcząc z oblodzonym terenem pozostawało znaleźć wejście do przybytku, by zająć jeden z otwartych boksów „na małysza”. Na koniec z ulgą można udać się w usianą tymi samymi przeszkodami drogę powrotną – ale to już dużo łatwiejsze. Dla zaspanej osoby w pilnej potrzebie, w którą uderza silny zimny wiatr na 4200m n.p.m., jest to osiągnięcie porównywalne pewnie z Biegiem Rzeźnika.

Z naszych ust unosi się gęsta para, jemy szybkie śniadanie (uboższe niestety o musli zjedzone w nocy przez lokalnego szczura lub nieprzychylne nam irańskie chochliki), łapiemy przygotowane poprzedniej nocy plecaki szturmowe i wychodzimy o świcie, mając nadzieję, że słońce odda nam nieco swojego ciepła. Podejmujemy walkę i ruszamy, jednak już po kilkunastu metrach czujemy trudy nieprzespanej nocy, lekkie mdłości i zawroty głowy. To znak, że potrzebujemy dłuższej aklimatyzacji, odpoczynku, sycącego posiłku i dużo płynów.  Zawracamy do schroniska i spędzamy dzień na ogrzewaniu się, relaksie, wlewaniu w siebie napojów oraz kibicowaniu tym, którzy atakują szczyt. Koło południa wraca nasz znajomy. Niestety nie zdobył szczytu, mimo że mało brakowało to zatrzymały ich zmęczenie, oblodzone skały i silny, zimny wiatr.  Irańczyk z którym poszedł nie czuł się najlepiej (wysokość i brak aklimatyzacji), a on sam dodatkowo bardzo zmarzł i nie chciał ryzykować poważnych odmrożeń. Późnej zeszła grupa Szwajcarów z irańskim przewodnikiem-wyczynowym rowerzystą. Dzięki wcześniejszej aklimatyzacji ci z grupy, którzy wyszli atakować szczyt, wrócili zwycięsko i cała grupa mogła ruszyć od schroniska w dół  na rowerach, wwiezionych wcześniej na mułach.  Na odchodne usłyszeliśmy od przewodnika, że kolejnego dnia ma być jeszcze lepsza pogoda. Tym bardziej cieszyliśmy się z podjętej rano decyzji, mając nadzieję, że następnego dnia oprócz dobrej widoczności i słońca będzie słabszy wiatr. Wiedząc co nas czeka w nocy w „zamrażarce” założyliśmy dodatkowo puchówki i obłożyliśmy się wszystkimi kocami jakie udało nam się znaleźć. O dziwo pomogło i spaliśmy tej nocy dobrze. Jak ważny był to sen okazało się później…

Schronisko Bargah Sevom 4250 m n.p.m

Nazajutrz zostajemy sami w schronisku i jako jedyni ruszamy w górę. Pełni zapału wychodzimy o świcie zgodnie z planem. Widoczność wynosi dwa metry. Ogłaszamy oficjalne zakończenie sezonu letniego na Damavandzie. Zabezpieczeni w puchowe kurtki i ogrzewacze walczymy z wiatrem, osuwającym się piargiem, mgłą i śniegiem. Wciąż mamy nadzieję, że się rozpogodzi. Idziemy szlakiem, teraz ledwo widocznym i zatartym mimo, że przecież przez cały sezon chodziły tędy tłumy. Wiatr i śnieg robią swoje i tylko dwa razy zauważamy oznaczenia szlaku. Dalej napieramy pod górę z nadzieją, że widoczność się poprawi, dojdą do nas promienie słońca i w końcu osiągniemy wierzchołek. Pocieszamy się, że nawet Reinholdowi Messnerowi nie udało się zdobyć góry w warunkach zimowych.

Ciepło ogrzewaczy się kończy i coraz dotkliwiej atakuje nas zimno, wiatr i śnieg wciska się wszędzie. Pokonujemy kolejne kryzysy. Michałowi z brody zwisają wielkie sople lodu. Mozolnie krok po kroku pniemy się po osuwającym się piargu, między oblodzonym skałami. W powietrzu czuć wyraźny zapach siarki, więc zbliżamy się do wierzchołka. Damavand jest potencjalnie aktywnym wulkanem, na szczycie, którego znajduje się krater. Coraz rzadziej widzimy jakiekolwiek skałki, przy których można by przykucnąć, by choć trochę zasłonić się przed szalejącym wiatrem „jeszcze ze 30 minut… i będzie szczyt”, mobilizujemy się do kontynuowania, z wielkim trudem pnąc się ostro w górę. Pogoda staje się jednak coraz gorsza. Kiedy po siedmiu godzinach nie widać szczytu – a my ledwo widzimy siebie nawzajem, przed nami pojawia się widmo trudnego zejścia ze śniegiem padającym w twarz nie widząc drogi, podejmujemy z ciężkim sercem decyzję o zawróceniu. Może jesteśmy 50 metrów od szczytu, może 100? Bez wątpienia znajdujemy się za wierzchołkiem pozornym, gdzieś na kopule szczytowej. Ciężko przychodzi rezygnacja i przyznanie się do własnej słabości, zwłaszcza po takim wysiłku, będąc już tak blisko. Wiemy jednak, że droga w dół w takich warunkach jest jeszcze trudniejsza. Góra będzie stać jak stała, poczeka, podczas gdy my życie i zdrowie mamy tylko jedno… Ostrożnie odszukujemy ścieżkę, którą przyszliśmy. Śnieg kłuje w oczy. Michał testuje zejście polem śnieżnym obok grani, którą weszliśmy i nagle zaczyna lecieć w dół. Pod śniegiem był lód. Magda wypatruję czy jest jakiś głaz, na którym się zatrzyma. Jego ciało odbija się od pierwszego kamienia przelatując w kierunku przepaści. Poniżej jest jeszcze jedna skała, która całe szczęście wyhamowuje jego poślizg. Poobijany Michał ostrożnie podchodzi pod grań. Jako, że śniegu na górze miało prawie nie być, nie wspominając o lodzie, nie zabraliśmy ze sobą raków i czekanów… no i mamy tego efekty. Wydeptujemy ostrożnie stopnie w śniegu i schodzimy w dół. Jesteśmy totalnie zdezorientowani. Docieramy do lodowca i mamy poczucie, że w zamieci straciliśmy orientację. Schodzimy zgodnie z kompasem na południe, bo tak zapamiętaliśmy mapę. Postanawiamy przejść jeden „jar” żeby znaleźć się na właściwym zboczu. Nic się nie zgadza – sprawdzamy naszą mapę (czyli zdjęcie grafiki góry ze schroniska), odpalamy telefon i google maps (oczywiście nie ma zasięgu, a map Iranu nie można wcześniej zachować w pamięci) i dalej mamy wątpliwości. Widoczność bez zmian, czyli staramy się nie zgubić siebie nawzajem i napieramy w dół. Powoli zachodzi słońce, przez dwie minuty tuż przed zmierzchem, widzimy malutki prześwit w dole. Szybka próba oszacowania gdzie jesteśmy, widać, że nie znajdujemy się w tym żlebie co trzeba. Dwie opcje – schodzimy dalej do podnóża góry i ją obchodzimy, by w końcu podejść do schroniska albo idziemy w górę, by przejść skalistą grań i tym samym dostać się, na wydaje nam się, że właściwy garb i szlak, na którym jest schronisko. Decydujemy się na to drugie, gdyż opcja pierwsza nie dawała nam żadnych szans na dotarcie do schronienia nawet późno w nocy. Oznacza to kolejne podejście, a my już zrobiliśmy dziś 1400 metrów w górę. Dodatkowo jesteśmy totalnie przemarźnięci, bo sprzętowo na zimowy Damavand się nie przygotowaliśmy. Adrenalina pozwala nie myśleć o pragnieniu i głodzie. Już wiemy, że przed nami długa i mroźna noc. Jak zwykle ostro w górę. Obchodzimy mniejsze lodowce. Próbujemy przebić się na drugą stronę grani, jednak czym wyżej tym więcej śniegu i lodu. Coraz bardziej zmęczeni zmuszeni jesteśmy do wyszukiwania drogi w górę między oblodzonymi skałami i przepaściami. Jeden nieostrożny ruch, poślizgnięcie i może być to koniec naszej irańskiej przygody. Około północy, zmieniamy koncepcję, nie ma co kluczyć i ryzykować musimy po prostu uciekać jak najniżej. Pogodziliśmy się z tym, że nie dotrzemy do schroniska tej nocy, a perspektywa ciepłego jedzenia i śpiworka się oddala. Nasze potrzeby ograniczają się do przeżycia tego nieplanowanego noclegu gdzieś na stokach Damavandu. W tym celu musimy się ciągle ruszać i tracić wysokość. Po kilku godzinach „biegu” po piargu i śniegu, doliną wyschniętego górskiego strumienia, zaliczając po kilka upadków,  postanawiamy choć chwilę się przespać osłonięci od wiatru skałką. Przytulamy się do siebie, mimo to Magda dygocze z zimna i nie może zmrużyć oka, więc po 30 minutach zaczynamy dalsze schodzenie. Pogoda powoli poprawia się, przestał padać śnieg, zelżał wiatr i zaczynamy coś widzieć. Prawdopodobnie zeszliśmy poniżej linii chmur i mgły lub wiatr w końcu je rozwiał. Kilkaset metrów niżej, za kolejną skałką, czekając na wschód słońca udaje nam się chwilę zdrzemnąć. Wraz z pierwszymi promieniami i spadkiem wysokości powoli odmarzają nam kończyny. Wychodzimy z koryta strumienia na otwartą przestrzeń i wreszcie coś widać! Szacujemy straty. Wiemy gdzie jesteśmy oraz odkrywamy, że Damavand na naszej mapie nie jest zorientowany tzn. górna krawędź mapy z jakiegoś powodu, może by ładniej wyglądała, nie wskazuje na północ tylko jest przesunięta o około 30 stopni na wchód.

Trawersujemy kilka grzbietów i pnąc się znowu w górę, po 31 godzinach od wyjścia, docieramy do schroniska na 4250 m. Nie chcemy tam spędzić kolejnej wyziębiającej nocy, więc szybko pakujemy plecaki. Do pokoju wchodzi gospodarz, który wygląda jakby zobaczył ducha, gestykuluje, w końcu dzwoni do kogoś, kto mówi po angielsku. Okazuje się, że zaniepokojony naszą nieobecnością, poinformował o tym swojego szefa w Camp Polur (od którego kupowaliśmy permity), który uruchomił akcję ratunkową. Przez telefon przekazał nam, że zespoły ratowników już nas szukają i o wszystkim poinformowana jest ambasada. Pozbawieni zasięgu żeby zawiadomić najbliższych o nieporozumieniu wierzymy, że w niedzielę nikt nie będzie dzwonić do naszych rodzin. Przekazujemy, że z nami wszystko w porządku i jest nam bardzo głupio z powodu całego zamieszania, gdy nam, na szczęście, nic się nie stało. Jednocześnie jesteśmy ogromnie wdzięczni, że próbuje się nas ratować.  Schodzimy w dół. Jesteśmy zmęczeni i głodni, więc chcemy dojść w najgorszym wypadku do meczetu, a w najlepszym do Base campu. W połowie drogi spotykamy trzech ratowników, którzy idą nam z odsieczą. Są zszokowani, że żyjemy i do tego sami schodzimy w dół. Okazuje się, że są tą ekipą, która miała nas zacząć szukać i nie przekazano im że dotarliśmy w końcu szczęśliwie do schroniska. Później dowiadujemy się, że ambasady na szczęście też nikt nie poinformował (w sumie to nie wiadomo czy miała być polska czy z holenderska), a gdyby nie udało się nas odnaleźć w kilka dni to wysłaliby nawet helikopter. Ratownicy byli bardzo mili i mimo, że jak mówili nie pozwoliliśmy im za bardzo wyjść w góry, cieszyli się że cała akcja ratunkowa zakończyła się sukcesem. Zostajemy nakarmieni tuńczykiem i lokalnymi specjałami (tego nam było trzeba!) i gawędząc z nimi zostajemy odeskortowani do meczetu.

Nasza ekipa ratunkowa

Karetka

Zostajemy podwiezieni karetką do Base campu, gdzie pijemy herbatkę z ratownikami i właścicielem schroniska. Mamy poczucie absurdu sytuacji. Czujemy się trochę jak gwiazdy, bo nikt nie wierzył, że przeżyjemy i jak gdyby nic po spaniu pod kamyczkiem, zejdziemy od razu do Polur.

Herbatka dziękczynna

Na koniec zgodnie z naszą „ostatnią wolą” zawieziono nas karetką na sygnale do wioski byśmy mogli zjeść irańskiego kebaba. Czyści, z pełnymi brzuchami, zasypiamy na kolejne kilkanaście godzin, planując dalsze zwiedzanie i zasłużony wypoczynek.

Cała opisana przygoda skończyła się dobrze, jednak niech będzie ona przestrogą dla innych. My twardo na własnej skórze nauczyliśmy się niejednej rzeczy podczas tej wyprawy, poczuliśmy potęgę gór i sił przyrody, oraz naszą małość wobec nich. Mimo faktu, że przygotowaliśmy się na ten wyjazd, ufając we własne doświadczenie w górach wysokich oraz sugerując się opiniami innych, nieco zlekceważyliśmy Damavand i zostaliśmy za to ukarani. Wobec tego, że jechaliśmy tam grubo po sezonie mogliśmy wziąć  cieplejszy sprzęt, lepiej przygotować rozpoznanie góry (mapy, gps). Przekonaliśmy się, że żadnej góry nie można lekceważyć. Mamy świadomość, że mieliśmy również wiele szczęścia, że wszystko skończyło się tak a nie inaczej. Poczuliśmy gorycz pierwszej porażki (nieosiągnięcie szczytu) ale też dumę, bo udało nam się przetrwać trudną sytuację. Wyciągnęliśmy z niej wnioski na przyszłość. Skończyło się jedynie na lekkich odmrożeniach. W Iranie spędzamy jeszcze 10 dni, ale to już temat na oddzielną relację.

Ekipa Nomad Explorers – Magdalena Czarnecka i Michał Wangrat